Lagodeskie Wodospady

No to idziemy w góry. Pierwsze spotkanie z Kaukazem. Nie dojdziemy co prawda do szczytów, ale i tak pięknie i majestatycznie rozciągają się nad Lagodechi. Nasz dzisiejszy cel to mniejszy wodospad o tej samej nazwie, co miasteczko położony w parku narodowym również tak samo nazywającym się. Śliczne, górskie wodospady to zresztą nasz główny cel przyjazdu w ten region Gruzji. Drugi, to totalna cisza jaką spodziewaliśmy się tu znaleźć, zero ludzi, tylko przyroda i my. Takie krótkie odcięcie się od wszystkiego. Idziemy w stronę granicy lasu, ok. 2 km. Po drodze prawie nikogo już nie spotykamy, jest gorąco. Dziś ma być 36 stopni. Pozdrawiamy starszą Panią gromkim „Gamardżoba”. Pani się do nas uśmiecha złotymi zębami. Patrzymy na domy. Po datach na fasadach widzimy, że prawie wszystkie zbudowane w tym samym czasie – lata 60-te i 70-te XX w. Wówczas Lagodechi tętniło życiem, każdy mógł dorobić się w jeden sezon zabierając cały swój ogródek, czy pole do samolotu, lecąc do Moskwy i wyprzedając na pniu te wspaniałe pomidory, ogórki, owoce, czy wino. To reguła w Gruzji, kogo nie zapytasz o to, kiedy się dobrze żyło, odpowie z pewnością: za Breżniewa. Faktycznie trudno się dziwić, jeżeli pod uwagę weźmiemy czasy nowsze i najnowsze, a zwłaszcza te po rozpadzie ZSRR. O tym jeszcze będzie…

Docieramy do lasu, meldujemy się w administracji parku. Wstęp na teren jest bezpłatny. Zatem prostuję kolejną nieprawdziwą informację podaną w literaturze przedmiotu. Miły Pan daje nam mapę i objaśnia, ile powinna zająć nam marszruta do wodospadu. Cieszymy się, że nie natrafiliśmy na niejaką Panią Nino, o której opowiadał nam poprzedniej nocy Pan Jerzy. Musielibyśmy wówczas zaliczyć jeszcze wystawę nt. parku oraz 3 filmy dotyczące działalności pracowników P.N. Lagodechi. Byłoby to z pewnością ciekawe, ale nie o godzinie 12.00, gdzie przed nami przynajmniej 5 godzin marszu tam i z powrotem. Dowiedzieliśmy się też, iż mosty na rzece są zerwane po powodzi i trzeba będzie przechodzić ją wpław. To miała być spacerowa rozgrzewka…

IMG_9004

Droga do wodospadu zaczyna się całkiem niewinnie. Prosty, szeroki trakt, wysokie drzewa, miły wiaterek zbijający uczucie upału. Po 15 minutach doszliśmy do potoku. Tutaj okazało się, że mostu nie ma. Patrzymy na rwący, ale nie za głęboki nurt. Gdzie tu przejść, aby nie popłynąć. Chodzimy to w górę, to w dół. Na jedną nogę nie przeskoczymy. Trzeba znaleźć kamień do odbicia i małe wystające kamyczki do przejścia. Nasze plany spełzają na niczym. Odszukaliśmy zatem miejsce, gdzie będzie niby najmniej rwąco. Zdejmujemy treki, przerzucamy na drugi brzeg. Kasia poszła. No, jak jej nie zmyło, to mnie tym bardziej. Przerzucam plecak i wchodzę stopami. Ooooo…jakie fajne uczucie. Jaka fajna zimna woda przy 36 stopniowym upale. Ale nogi niebezpiecznie mi zrywa. Udało się. Cała operacja zajęła nam ok. 40 minut. Zapamiętaliśmy miejsce, aby na powrocie przechodzić tą samą drogą. Dalej ścieżka wspinała się coraz bardziej. Wkroczyliśmy na zbocze. Wszystko byłoby fajne, gdyby nie przedzieranie się, przez usiane kolcami chaszcze. Po dłuższej chwili mieliśmy dosyć. A tu proszę, zaczyna się prawdziwa stromizna. Dodatkowo już było koło drugiej po południu i upał wdarł się pod konary drzew. Mokrzy i upaprani mozolnie wspinaliśmy się, uważając przede wszystkim, aby nogi nie zsuwały się nam w kolczaste zarośla. Schodzimy, a tu brak zejścia. 5 metrów w dół, trzeba przytrzymać się zwisającej liany, czy spleconych gałązek spływających z olbrzymiego przewróconego konaru. Przyznam, że w Tarzana nie planowałem się tego dnia bawić. Po zejściu, ukazał się nam malutki, ale prześliczny wodospadzik. Położony naprawdę w urokliwym krajobrazie. Bryza wodna chłodziła powietrze. Jak na spacer rozgrzewkowy to było ciekawie, miejscami groźnie. Cieszyliśmy się także, iż znaleźliśmy absolutną ciszę i brak ludzkiej bytności w okolicy. Wspaniała przyroda, spokój. Taki jawił się nam Kaukaz.

IMG_9006

IMG_9011

IMG_9021
Wodospad Lagodechi

Jak pracują Gruzini? Rąbka tajemnicy uchylił nam następny poranek – 2 lipca 2013 r. Noc była krótka, ponieważ zasłuchaliśmy się w wojenne opowieści Pana Jerzego, a wstać trzeba było na tyle wcześnie, żeby dotrzeć do Wodospadu Giurgieniani położonego 15 km od Lagodechi. Szybkie śniadanie. Poszliśmy do znanej nam taxistojanki przed mostem. Plan był taki, że zawiozą nas do granicy Parku Narodowego w Giurgieniani, a potem przyjadą na umówioną godzinę. Pytamy się ile za 30 km kurs. Padła cena 25 lari. To ja się wówczas zapytałem, czemu do Cnori odległego o 45 km chcą takiej samej ceny, jak tu? Pokręcili głową. Jeden z nich wstał i poszedł do innego taksówkarza.
Pogadali, przychodzą do nas i mówią: „10 lari”.
No świetnie, dogadaliśmy się. „Po 10 lari od łebka”.
Eeee… zaproponowałem 10 lari, ale za całość. Pokręcili głową, a że daleko, a że droga bardzo kiepska. To my też podziękowaliśmy. Panowie wrócili na ławeczki i zagłębili się w swoje sprawy, a my za most łapać okazję.
Nie minęły 3 minuty jak zatrzymał się wóz. „Dokąd chcą?”. Odpowiedzieliśmy: „Do miasteczka Ninogori”.
„Eee… my jedziemy do Cnori…”.
Do jasnej ciasnej, nie mogli się nam napatoczyć wczoraj??? Jak chcieliśmy przez Cnori dotrzeć do Sighnaghi i je zwiedzić? Czekamy dalej.
Po 5 minutach zatrzymuje się taksówka. No dobra. Pytamy, ile za dowiezienie i przywiezienie na umówioną godzinę.
Odpowiedź: „8 lari za dwie osoby”.
Wsiadamy. W taksówce mówimy sobie, że jeśli komuś chce się pracować, to będzie miał, a jak woli siedzieć na ławeczce i gadać, to… W Ninogori skręciliśmy w góry. Hm… faktycznie droga była bardzo kiepska, kupki asfaltu przemieszane z kamieniami, nasze siedzenia podskakiwały razem z nami. Po prawej stronie minęliśmy o dziwo – kościół katolicki. Miejscowi zachowali wyznanie rzymskokatolickie po swoich przodkach z Polski. Pyrkamy i pyrkamy, no i dopyrkaliśmy się. Umówiliśmy się na 15.00 na powrót. Obiecaliśmy 2 dodatkowe lari za tę wyboistą drogę. Poszliśmy szlakiem…

IMG_9057

Dzień wcześniej w Dyrekcji Parku Narodowego ostrzeżono nas, iż na drodze do Wodospadu Giurgieniani może w ogóle nie być żadnego mostu. Wkalkulowaliśmy to w długość naszego spaceru. Wyszliśmy z gęstego lasu, a tu zza kamienia wyjrzał pies. Stanęliśmy. On stanął, po czym zaczął uciekać. Zamiast kamienia w rękę stwierdziliśmy, że damy mu trochę lawasza, bo już zrobił się tak niemiłosiernie bułowaty, że jeść go nie sposób było. Poszliśmy dalej ostrożnie wypatrując psiny. Doszliśmy do mostku. Oooo…chyba świeżo zrobiony był, bo pachniało żywicą. Przeszliśmy most i doszliśmy do następnego. Piesek się pokazał. Zostawiliśmy chlebek i czekaliśmy co dalej. Psina podeszła ostrożnie, powąchała, pomlamlała i zamachała przyjaźnie ogonkiem. Dalej szliśmy skrajem olbrzymiego żlebu, który jeszcze podobno 4 dni wcześniej cały znajdował się pod wodą. Przeszliśmy po bardzo cienkim i wysokim moście, który chyba był robiony tego dnia, kiedy tam byliśmy. Wskazywały na to świeże ślady po siekierach i zwisające z konaru liście. Gdzie się podział piesek? Bo ta sklecona dla ludzi kładka chyba była nie dla niego. Po kilku chwilach widzieliśmy, jak psina próbowała iść wzdłuż rzeki i przeskoczyć na drugi brzeg. Straciliśmy ją z oczu. Dalej musieliśmy się przedzierać przez te cholerne kolczaste chaszcze, aż doszliśmy do zgrupowania ludzi. Okazało się, że to budowniczowie mostów. Musieliśmy poczekać 10 minut aż skończą ostatnie potrzebne przejście. W międzyczasie dowiedzieliśmy się, że piesek spotkany przez nas miał swojego pańcia wśród ekipy. To był Gruzin o polskich korzeniach mieszkający w wiosce pod górami, przez którą przejeżdżaliśmy rano taksą. No wreszcie można iść. Po 20 minutach stromizny usłyszeliśmy szum. Jeszcze tylko duży kamień i?… i naszym oczom ukazał się prześliczny 40 metrowy wodospad usytuowany w prawie tropikalnym otoczeniu. Jedna fotka cyk, dziesiąta fotka cyk. Niestety trochę tłoczno było, miejscowi też przyszli, poodpoczywać i pokapać się. No cóż… ładne widoki, upragnionej ciszy brak. Ale i tak warto było przyjść…

IMG_9027
Wodospad Giurgieniani

IMG_9039

IMG_9032