Opowieści z Lagodechi oraz wojna z Rosją z 2008 r.

1 lipca 2013 r. ranek. Piekarnię w mieście otwierają o godzinie 8.00. Poszedłem zatem na miasto, aby złowić coś na śniadanie. Podstawą porannego posiłku w tych stronach jest: lawasz – chleb wypiekany na bieżąco, który najlepiej zjeść w przeciągu pierwszych pół godziny po zrobieniu. Łatwo się łamie, jest chrupiący i oczywiście wspaniale pachnący. Ciepły, świeżutki lawasz dostałem od razu od Pana o białych rękach obsypanych mąką.

W drodze do piekarni zahaczyłem o miejscowy bazarek, gdzie kupiłem pomidory i ogórki. Pomidory to poezja Gruzji. Nie wodniste, pękate, słodkie. Czuć, że dojrzewają w słońcu, a nie w chłodni. Ogórki to samo. Dorzuciłem jeszcze do tego 8 morelek. Pani wrzuciła to wszystko do jednej torby, wyjęła z kieszeni małą wagę z haczykiem i na ręku zważyła. Za wszystko zapłaciłem 2 lari.

Wracając przez miasto zauważyłem, że przed domy wylegają mężczyźni. Siadają w ogródkach, patrzą się w niebo, rozmawiają między sobą, słowem nic nie robią. Obok każdego smaży się już w słońcu olbrzymia plastikowa butelka po piwie z pewnym tajemniczym napojem. To zapewne gruzińska czacza. Bardzo mocny alkohol o procentarzu między 40 a 80 vol. wyrabiany w domowy sposób na bazie spirytusu, ogródkowych ziół i czort jeszcze wie z czego. Sami „producenci” często nie potrafią odpowiedzieć na pytanie, z czego dokładnie zrobili to, co piją właśnie podbite jeszcze promieniami słońca. Czacza to źródło krótkiej przyjemności i patologii społecznej. Zwłaszcza w miejscu z 80% bezrobociem o charakterze strukturalnym, czy jak mówił Pan Jerzy „pokoleniowym”. Tak rozmyślając nad tym wróciłem do pokoju, zrobiłem szybko pyszne kolorowe śniadanie, aby lawasz nie ostygł i nie zamienił się w bułę. Ach te wspaniałe, pyszne, gruzińskie pomidory…

Czas na wycieczkę do pobliskich atrakcji. Zajęło nam to cały dzień.

IMG_9001

Po równie urozmaiconym powrocie z wodospadu Lagodechi pośród głuszy zalegającej w lasach na stokach Kaukazu wróciliśmy lekko wymęczeni do miasteczka. Zrzuciliśmy plecaki i ciężkie buty w pokoju, po czym ruszyliśmy, aby spróbować jeszcze w drugiej połowie dnia zwiedzić prześliczne stare miasteczko Sighnagi. Położone na zboczu z fantastycznym widokiem na idącą ku Azerbejdżanowi równinę Alazani. Pan Jerzy poradził, że aby dostać się tam, trzeba złapać taksę do Cnori i spróbować umówić się z tym samym kierowcą na powrót. Nie powinno kosztować to więcej, niż 10 lari w jedną stronę. Cóż, osoba mieszkająca od 6 lat w okolicy chyba najlepiej się orientuje w tych sprawach. Ruszyliśmy na główną ulicę.

Idziemy do mostku nad naszym „potoczkiem z lasu”, który tu już szeroko się rozlewa na ok. 100 metrów. Przed mostkiem widzimy kupę mężczyzn rozmawiających, za nimi taksówki. Pytamy o Cnori. Pada cena 25 lari w jedną stronę. Lekko skonsternowani idziemy do innego pana, a tu znów 25 lari. Po dłuższej chwili stania, patrzenia się na siebie zaproponowano nam 10 lari, ale od łebka. Podziękowaliśmy i pełni optymizmu przeszliśmy mostek i stanęliśmy na drodze łapać stopa. Wydawało się nam, że nie będzie z tym problemu, bo to droga krajowa do Tbilisi, która biegnie przez Cnori. Nawet co 5, czy 6 samochód zatrzymywał się, ale za każdym razem okazywało się, że to lokales jadący gdzieś na bok lub osoby jadące do Telavi, czy Gurdżani, a więc bocznymi drogami. I tak przestaliśmy 45 minut. Ponieważ zrobiło się już późnawo, zrezygnowaliśmy z zamiarów podróży. Państwo Ciemnołońscy powiedzieli potem, że mieliśmy po prostu pecha tego dnia, że to nie była normalna sytuacja. Moim zdaniem jednak autostop w Gruzji nie jest tak popularny, jak chociażby w Turcji. Co kraj to obyczaj. Zaczęliśmy myśleć o posiłku…

Jeszcze przed powrotem z wodospadu do Państwa Ciemnołońskich zahaczyliśmy w mieście o budynek z dumnym napisem „RESTORAN”. Budynek? Hm…raczej pawilonik, budka, taki klocuszek parterowy w różowym odcieniu. Przypominał stare czasy. W środku wystrój jak na bal, potężne ciężkie firany i równie barokowe zasłony w odcieniu bordowym. Cały lokal zastawiony prostymi stolikami z krzesłami. Poczuliśmy się trochę, jak w warszawskiej Sali Kongresowej. Przy barku stała Pani, kropka w kropkę taka sama, jak niegdysiejsza prowadnica w wagonie pociągu relacji Moskwa-Kazań, którym miałem okazję podróżować. Włos zrobiony, przyciężkawy, ostry makijaż. Słowem „takaja russkaja ili sowietskaja żenszczina”. Zapytaliśmy o menu, wyglądało smakowicie. Ponieważ nie było nikogo oprócz nas w lokalu stwierdziliśmy, że przyjdziemy 1,5 h później. Odświeżymy się w pokoju i wrócimy… Jakież było nasze zdziwienie, kiedy wróciliśmy, znów nikogo nie było w restauracji!!!

Siedliśmy. Ja zastanawiałem się nad chinkali. Czytałem wcześniej, że jest to jedno z kultowych gruzińskich dań, które trzeba spróbować. Pierożki nadziewane mięsem lub serem, czasami też ziemniakami robione na tzw. sakiewkę. No to co? Głodny jestem, to wezmę 10 sztuk, każda po 55 tetri, a do tego sałatkę. Kasia mówi, że może jednak 8, bo nie wiadomo, jakich rozmiarów są. No dobrze, niech będzie 8. Pani poszła. Kątem oka przez okno widzę, że poszła na bazar po warzywa do sałatki. Oooo… to będzie świeżutki pomidorek i ogóreczek. Super. Sałatka faktycznie była smaczna i dużo jej było. Czekam na swoje chinkali, czekam i czekam. Nadal jesteśmy jedynymi gośćmi. I wjechało to, co na zdjęciu. Spojrzałem na żonę lekko przerażony. Sakiewki???… toż to sakwy są. Przy szóstym musiałem już być bardzo zmęczony na twarzy, bo żona powiedziała, żebym zostawił. Dlatego, jeśli kiedykolwiek zamawiać będziecie chinkali, to nigdy więcej, niż 4 na jedną osobę. To pożyteczna rada. Zapłaciliśmy rachunek. Nie usłyszeliśmy do widzenia. Wytoczyliśmy się z budynku…

Chinkali

Wieczorem zasiedliśmy z Państwem Ciemnołońskimi przy stole. Zaczęliśmy od opowieści z niedawnej przeszłości. Jak wspominał Pan Jerzy Ciemnołoński, wieczorem 7 sierpnia 2008 r. przyjął do siebie większą grupkę polskich turystów schodzących z okolicznych gór, a szczególnie wracających z jeziora Chala-Chel położonego na granicy z Dagestanem. Pani Zofia była wówczas w Polsce. Tak jak my siedzieliśmy teraz przy stole i słuchaliśmy opowieści, tak wtedy również spora grupka była zasłuchana. Zrobiła się z tego niezła imprezka. Minęła północ, wszyscy się w najlepsze bawią.

Wtem komórka Pana Jerzego dzwoni. To ambasada w Tbilisi. Wojna!!! Rosjanie atakują rakietami, możliwy atak z powietrza. Pan Jerzy otrzymuje prośbę, aby wszystkich polskich turystów znajdujących się w okolicy Lagodechi i w Kachetii ewakuować do Erewania, skąd zostaną przewiezieni do Polski. Świetnie, a czym? A co teraz, po nocy do lasu iść i ściągać resztę z gór? Pan Jerzy ogłosił nowiny zebranym. Zapanowała najpierw cisza, przyszedł nastrój przygnębienia. Niektórzy mieli zostać jeszcze na dłużej w kraju, a tu trzeba przymusowo wracać. Powstała propozycja, aby pomóc Panu Jerzemu w poszukiwaniach turystów. Dotarto do 3 namiotów położonych na szlaku z granicy, pobudzono ludzi, oznajmiono iż wybuchła wojna i trzeba się ewakuować. Rano własnymi środkami transportowymi udało się jakoś upchać ok. 30 osób i Pan Jerzy wywiózł ich z Lagodechi. Przewiezieni zostali do Tbilisi. Dalej zajęła się tym już ambasada. Co się dalej działo w maleńkim Lagodechi? Przez następne 2 dni miasto było jak wymarłe, wszystko zamknięte, ludzie się pochowali. Na niebie ze strony Dagestanu nadleciały rosyjskie helikoptery. Bez wystrzału poleciały dalej w stronę Tbilisi.
Sąsiad Państwa Ciemnołońskich – Pan Zurab wyciągnął stary karabin z czasów II wojny światowej i zaczął pieczołowicie go czyścić.
„Zurab, po co Ci to?” – mówił Pan Jerzy.
„Będziemy się bronić!”. – Odparł Pan Zurab.
„Tym żelastwem na czołgi?” – Pan Jerzy zapytał i nie wiedział, czy śmiać się i płakać.
Gorzej, że nie miał absolutnie nic w lodówce. Nie wiadomo, ile miała trwać wojna, a człowiek głodny. I wtedy przyszli pod dom okoliczni mieszkańcy. Tak, Ci sami, co brali kiedyś paczki z pomocy humanitarnej i potem znikali. Przynieśli Panu Jerzemu jedzenie.
Sama wojna sierpniowa 2008 r. poza problemami aprowizacyjnymi nie dotknęła Lagodechi. Problemy zaczęły się po 16 sierpnia, kiedy do regionu zaczęli napływać uchodźcy z Osetii. Za miastem powstały prowizoryczne obozy przejściowe. Trzeba było zająć się tym problemem… a my zupełnie straciliśmy poczucie czasu i poszliśmy spać nad ranem…