Podróż wzdłuż Kaukazu

To był długi dzień. Najpierw na Okęciu okazało się, że pewne tanie linie lotnicze, którymi mieliśmy lecieć do Kutaisi otworzyły wszystkie check-in’y bez sprecyzowania o jakie destynacje chodzi. Zrobił się chaos. W naszym check-in został on spotęgowany jeszcze dwoma wydarzeniami. Najpierw jakiś dwóch gości przytachało olbrzymią torbę foliową, którą musieli rozparcelować, bo linia nie chciała im jej nadać na bagaż. Połowę rzeczy z niej wzięli na siebie. Dodatkowo panienka w check-in’ie miała plakietkę „uczę się”, co wydatnie spowalniało odprawę. Uff…siedzimy w samolocie. Na dzień dobry walnąłem kolanem o róg siedzenia przede mną. Akurat tą nogą, którą leczyłem z opalenizny bułgarskiej. Lecimy…ciasno. Dobrze że to tylko 2,5 godziny.

Za oknem pojawia się pasmo ośnieżonych szczytów. To już Kaukaz. Zaczynamy czuć wielką przygodę. Lądujemy. Po pasie startowym na piechotkę przechodzimy do terminala w Kutaisi. Miłe panie oglądają nasze paszporty i buch, ląduje w nich śliczna okrągła zielona pieczątka. Po tym znów przyszedł stres, bo przez 40 minut nie widzimy naszych bagaży. Zresztą nie tylko my. Okazuje się, że każdy plecak przechodzi przez bramkę bezpieczeństwa. Nareszcie są. Ale czas nam ucieka. Wg mojego zegarka jest już zdrowo po dwunastej, a my dziś mamy do przejechania jeszcze 450 km pod granicę z Azerbejdżanem do Lagodechi. Z marszrutką nie ma kłopotu. Tylko wychodzimy z lotniska zapraszają nas do wozika jadącego do Tbilisi. Wsiadamy, a tam 80% to Polacy, w tym nasi dwaj panowie od parcelowanej torby foliowej. Hm…wypasiona ta marszrutka. Za 15 lari od osoby? Sami oceńcie na zdjęciu… W międzyczasie okazuje się, że przesunąłem zegarek o godzinę za dużo do przodu. Różnica czasu między Polską a Gruzją wynosi tylko 2 godziny. Ucieszyliśmy się, bo w takim razie mieliśmy zapas czasowy na drogę. Ruszamy w nieznane…

IMG_8994

Po wyjeździe z lotniska humory się poprawiły. Poza obserwowaniem tego, co za szybą pojawiały się już pierwsze pytania sąsiadów, gdzie się udajemy. My także pytaliśmy. Większość busika stanowili ludzie młodzi, którzy chcieli powspinać się. Panowie od torby foliowej jechali do Tuszetii, aby potem przejść przez góry do Chewsuretii. Inna osoba zamierzała też podążyć tym szlakiem. My musieliśmy dojechać do Tbilisi na dworzec Didube, aby potem przejechać metrem na dworzec Isani, skąd mieliśmy marszrutkę do Lagodechi. W Kutaisi był krótki postój na wymianę waluty. I powiem Wam jedno, w tym mieście są najlepsze kursy lari do euro, bo dają 2,14 GEL za 1 EUR lub 1,66 GEL za 1 USD. Nigdzie więcej tak dobrych kursów nie uświadczycie, nawet w stołecznym Tbilisi. W Kutaisi też spróbowaliśmy z Kasią pierwszego dania gruzińskiego pod postacią Chaczapuri. To placek serowy serwowany na ciepło. Porcja za 2,5 lari będąca 1/3 całego placka jest tak zapychająca, iż w zupełności wystarczyła na nas dwoje.

Dalsza droga wiodła przez Gori, Mcchetę do Tbilisi. Ponieważ z powodu niektórych naszych rodaków pijących ponadnormatywną ilość „bąbelków” musieliśmy robić dodatkowe postoje na „zrzut”, zapytałem się kierowców, o której lądujemy na Didube? Powiedział, że ok. 16.30. Hm… trochę późno. Ale…ale jak powiedział, tak dziwnym trafem o tym czasie kierowaliśmy się już z dworca do stacji metra. Po drodze w tunelu pomogliśmy jednej osobie kupić gruzińskiego sim-a. W końcu 80 gr za minutę do Polski to nie to samo, co 7 zł. Postanowiliśmy, że jak wrócimy do miasta, to też zawalczymy o taką kartę. Teraz nie była nam potrzebna, bo jechaliśmy w głuszę. Za to na 100% była nam potrzebna karta do metra. Kosztuje 2 lari i dowolna liczba osób może na nią jeździć. Dobrze zachować dowód zakupu, bo potem można ją zwrócić. Ze znajomymi z marszrutki pożegnaliśmy się na 6 stacji. My wysiedliśmy niedługo potem na Isani. Obeszliśmy dworzec, nie skorzystaliśmy ze wspaniałej propozycji taksówkarza, który za 50 lari chciał nas zawieźć do Lagodechi. Marszrutka do tego miasta kosztowała 7 lari/os., ale nie była już tak elegancka, jak poprzednia. Powiedziałbym, najbardziej typowa, troszkę brudu, troszkę duchoty, wystająca derma z siedzeń. Kolejne 3 godziny, jak się nam wówczas wydawało, przed nami. Jednego byliśmy pewni…na nocleg zdążymy…

IMG_9325

Droga z Tbilisi do Lagodechi wiodła przez Sagarejo, Guardżani i środek równiny Alazani. Początkowo byliśmy sami w tej marszrutce. Odjechaliśmy punktualnie o 17.25, na nikogo nie musieliśmy czekać… dziwne. Ale w trakcie drogi wszystko się wyjaśniło. Ponieważ jest to główna trasa na wschód kraju, ktoś się dosiadał, ktoś potem wysiadał. W sumie to ze 30 osób w trakcie naszej podróży przewinęło się przez wozik. Po Guardżani, które jest niby stolicą „wina” w Kachetii, skierowaliśmy się ku dolinie Alazani. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, a my musieliśmy co i rusz zwalniać i pokonywać „ruchome muczące” przeszkody na drodze. To czas, kiedy bydło schodzi z pastwisk (czyt. trawa przy drodze i inne zarośla, to też świetne pastwisko) i pędzone jest do domostw. A wiadomo, najszybszej po równej, czy równiejszej od pola drodze asfaltowej. My trąbimy, krówki schodzą, z naprzeciwka jedzie osobowy i nie zwalniając trąbi, bydło się rozstępuje. Tak na drodze pozostają dwa pasy ruchu z dodatkowym płynąco-rozlewającym się na różne strony z bogatą gamą dźwięków ryczących zwierząt. Tylko te krowy jakieś brudne na sierści są. Okazuje się, że we wschodniej Gruzji bydło choruje na pewną tajemniczą chorobę skórną. Niestety inne zwierzęta domowe, w tym pieski i kotki również mogą się tym zarazić. Czy ludzie mogą, tego mi nie zdradzono.

Jak z Tbilisi wyjechaliśmy sami, tak do Lagodechi również dotarliśmy tylko my z kierowcą. Pan zapytał się, gdzie nas wysadzić. My powiedzieliśmy, że w centrum. On, gdzie śpimy. Wskazaliśmy mu adres Pana Jerzego Ciemnołońskiego. „Ha? Etot polskij posoł? Dawajtie, ja Was zawiezu…”. O 19.50, czyli 10 minut przed planowym czasem pojawiliśmy się przed domem Pana Jerzego Tamady-Ciemnołońskiego…

IMG_9000