Jechaliśmy przez pola ryżowe we wschodniej Birmie

Jechaliśmy przez pola ryżowe we wschodniej Birmie. Największy region kraju zamieszkały przez Szanów – krewnych Tajów i nie mających nic wspólnego z Birmańczykami. Ot granice wyznaczone przez byłych władców: Chińczyków i Anglików. Droga wąska, lecz asfaltowa. Minąć nie ma się jak. Dlatego co jakiś czas trzeba było zwalniać i skręcać w obfite chaszcze porastające pobocza traktu. Po pewnym czasie po lewej stronie pojawiły się zabudowania. Tak to kolejny z tysięcy klasztorów buddyjskich, jakie istnieją w tym kraju.

Jest 2005 rok na nasze, zatem przysłowiowej „cepelii” brak. Teraz jest podobno ciutkę inaczej. Wchodzimy, naturalnie buty zostawiamy przed wejściem. Natrafiamy na sporą grupę chłopców ubranych w szafranowe stroje i recytujących mantry. Nie zwracają na nas uwagi. Przechodzimy dalej. Wszędzie unosi się swoisty „muzyczny” dym wyśpiewywanych mantr przeplatany z odgłosami młotów, wierteł i pił z odbywającego się remontu budynków klasztornych. Przyglądam się z góry jednemu chłopakowi, który recytuje rytmicznie z postawionej przed sobą książeczki. Bardzo charakterystycznie siedzi, niby po turecku, a jednak specjalnie opiera lewą rękę na udzie, aby w dość specyficzny sposób pochylić się lekko nad manuskryptem. Reszta dzieci robi tak samo.

Najśmieszniejsze było jednak na koniec. Kiedy wyszliśmy z klasztoru i wsiadaliśmy do autobusu zauważyliśmy sporą ilość małych ogolonych główek spoglądających w naszą stronę i z wielkim zainteresowaniem bacznie nas obserwujących. Wówczas „diabły zamorskie” budziły zainteresowanie. Ciekawe, czy nadal tak jest?

Birma 403