Iğdır – Araks

Sport „podróżniczy” to bicie rekordów w przejściu, przepłynięciu, znalezieniu najtańszego noclegu, czy osiągnięcie najdalej wysuniętego skrawka jakiegoś terytorium. Osiągnąć za wszelką cenę. Koszty się nie liczą. Także te psychiczne.

Tureckie miasteczko Iğdır leżące po północnej stronie Araratu nie ma nic do zaoferowania poza muzeum pamięci Ormian. Tak!!! W Turcji jest to możliwe!!! Lecz Iğdır leży na trasie do azerskiego Nachiczewania. 9 km granica turecko-azerbejdżańska w Dilucu to najdalej na wschód wysunięty punkt terytorium Turcji, jak szpica wbijający się w Iran, Armenię i Azerbejdżan. Jak już tu jestem, to „na sportowo” trzeba się tam dostać. Złapałem stopa koło muzeum pamięci. Wóz wyglądał trochę jak karawan. Z przodu dwóch panów w ciemnych okularach. O w mordę… odsuwając zasłonkę okienną zdarłem ją, zepsułem. Po wyjeździe z miasta z prawej strony widać było Ararat, zaś z lewej rząd topoli nad granicznym Araksem. Przede mną panowie. Jeden z nich odwrócił się i zapytał, gdzie jadę. Odpowiadam, że na granicę. „Oho… to daleko, a tu jest średnio bezpiecznie…”. Po czym wyjął zza pazuchy pistolet, odbezpieczył go i schował za spodnie. Po 10 minutach zwolniliśmy, a Pan wyszczerzył do mnie zęby pytając, czy sobie nie postrzelamy? Odpowiedziałem, że raczej chciałbym trochę szybciej przebyć ten rzekomo niebezpieczny odcinek. Pot ściekał mi po karku i po nogach, które miałem jak z waty. Przez kilka chwil Pan wymachiwał bronią, a kierowca kazał (nie poprosił) naprawić zasłonkę. Z tym się uporałem. W miejscowości Aralık, w połowie drogi, Panowie mnie wysadzili, ale nie zostawili samego w polu, tylko poczekali na jadącego z tyłu Tira. Pan z pistoletem zatrzymał go i kazał kierowcy wziąć mnie. Dalszy ciąg już wkrótce…