Weekendowy tour stopem

Który ze znaków zastosowalibyście, jeśli chcielibyście złapać „stopa” w Turcji?

W większości przypadków prawidłowy wybór skraca czas oczekiwania na podwózkę do kilku minut. Ciężko też przyzwyczaić się do tego sposobu, co w przyszłości niejednokrotnie owocowało dziwnymi i czasem frustrującymi sytuacjami na drodze. Człowiek mający wyuczone nawyki nie jest w stanie szybko się ich pozbyć. W naszym przypadku koleżanka zachowała przytomność umysłu. Dlatego szybko znaleźliśmy się w wspominanym Peugeocie 406. Małżeństwo z miasta Mardin położonego przy granicy z Syrią jechało na wypoczynek w okolice Izmiru. Zatem wiadomo już było, iż skręcimy w kierunku Denizli i wysiądziemy w najbliższym miasteczku – Korkuteli. Kierowca był rodowitym Kurdem, zaś jego żona pochodziła z rodziny tureckich przesiedleńców z Bułgarii, tzw. Mucadele. O tym dowiedzieliśmy się oczywiście już w drugim zdaniu. To w Turcji normalka. Na wstępie opowiada się o sobie ze wszystkimi szczegółami. Gorzej, że druga strona oczekuje tego samego, a my wychowani w „społeczeństwie obywatelskim” nie lubimy pytań uważanych za zbyt „osobiste”. Jednakże byliśmy w Turcji, zatem to my „goście”, oni „gospodarze”. Trzeba się dostosować i basta. Przy dźwiękach kurdyjskiej muzyki (odtwarzanej do prywatnego użytku) dojechaliśmy do Korkuteli.

Próba wyjazdu z Korkuteli nie zajęła nam długo. Wiedząc już jak łapać stopa w Turcji zabrałem się z należytą starannością do czynności. Po 8 minutach podjechał do nas zdezelowany pojazd maści brązowej z dwoma młodymi chłopakami. Okazało się, że jadą na pole oddalone o kilka kilometrów, ale na szosie, po której chcieliśmy się poruszać. Zabrali nas. Samochód dziurawy jak sito, że można było jeździć butem po pomykającym asfalcie. Dobra, po 5 km wysiedliśmy. Rozglądamy się, dookoła pola z morelami. Wtem wychodzi do nas Pan w yobasowej (czytaj. moherowej) czapeczce z ogorzałą od słońca twarzą i pyta roześmiany, co my za jedni. Grzecznie odpowiadamy, a on ni stąd ni zowąd bierze reklamówkę i wrzuca nam dobre 2 kilo moreli i po prostu daje. W smaku czuć było, że dobrze dojrzały w słoneczku. Pychota. Z takim przepysznym prezentem złapaliśmy tira. Koleżanka poprosiła, abym ja usiadł w środku, a ona na zewnątrz. Czemu tak, to temat na odrębną historię. Po 3 km zdecydowaliśmy, że musimy przybliżyć się do gór. Ostatecznie wykrystalizował się nasz cel podróży – wioska Yeşilyayla. Czekamy na kolejną okazję. Podjeżdża traktor. No nie…traktorem? Ale dobra, co tam…jedziemy 5 km, wiatr gorący świszcze nam w uszach, zydelek wbija się w tylną część ciała. W wiosce Yelten żegnamy przesympatycznego traktorzystę i myślimy, że czeka nas piechotka. Nic z tego. Po 7 minutach podjeżdża po brzegi załadowana dostawczo-osobówka, w środku uśmiechnięty pan z 5 małymi roześmianymi „przyległościami”. Dzieciaki upchały się z tyłu, a ja pośrodku. Nie będę mówił, gdzie miałem dźwignię biegów obsługiwaną przez kierowcę. Po 20 km drogi i czterech zmianach transportu dotarliśmy do Yeşilyayla.

Nastąpiła taka pora dnia, iż wiedzieliśmy, że do Antalyi nie wrócimy na noc. Zresztą każde z nas miało wypchane małe plecaki, bo dodatkowo zabrało szczoteczkę i piżamę. Spacerujemy sobie po Yeşilyayla. Wioseczka, spokój, od czasu do czasu jakaś grupa dzieciaków nas zagaduje, co my za jedni. Odpowiadamy im po turecku, wiec od razu relacja przechodzi na inny poziom. Woda się kończy, trzeba poszukać sklepu. Znaleźliśmy. Taki wioskowy supermarket, mydło i powidło. W środku chłodniej. Sklepikarz nas wita. Następnie zgodnie z ceremoniałem pyta się, kto zacz. Odpowiadamy i prosimy o wodę. I tu?…I tu akcja przybiera nieoczekiwany obrót.
Pan Osman, czyli w tłumaczeniu Osman Bey sadza nas na stołkach i przynosi herbatę. W trzecim pytaniu Pan pyta, czy mamy gdzie spać. Oglądamy się na siebie i mówimy nieśmiało, iż nie chcemy robić problemu. A on na to wypowiedział słowa, których nie zapomnę do końca życia. „Ugoszczenie wędrowca to nie jest problem, TYLKO OBOWIĄZEK!!!”. Zetknąłem się wówczas z kwintesencją tureckiej gościnności. Zatem nocleg został mimochodem załatwiony. Zostawiliśmy w sklepie plecaki i poszliśmy spacerować dalej.

130153

122450

121811

Schodząc z gór nieopatrznie przekroczyliśmy granicę jakiegoś domostwa. Zza drzew owocowych patrzymy… nie ma psów, brama otwarta. To w nogi. Już by się prawie udało, ale wtem ktoś za nami zaczął wołać. Ot właściciel nas zauważył. Co robić. Podeszliśmy, przepraszamy. A on klasycznie zapytał, skąd my? I zaprosił na górę. Weszliśmy na piętro po niedokończonych schodach (tzn. po wylewce betonowej z wyraźnymi śladami, iż zwierzęta domowe wchodzą, gdzie tylko chcą). Pan nas posadził i zapowiedział radośnie, że zaraz zjemy sobie podwieczorek i wypijemy po szklaneczce dobrego koziego mleka. Koleżanka do mnie: „Andrzej, Ty sprawdź, czy on to gotuje”. No poszedłem, faktycznie, na ogniu zagotowane. Po co taka panika?
Na rozłożone w obszernym pokoju maty wjechała misa z ogórkami, pomidorami i chlebem. Potem w szklaneczkach tulipanowych podano mleko. Ach… cóż to była za uczta dla naszych skądinąd lekko już skręconych żołądków. Przy okazji dowiedzieliśmy się, iż Pan ma niezliczoną liczbę synów i wnucząt, ale wszyscy mieszkają w Antalyi. I że zdecydowanie za rzadko ich widuje. Zapytał się naturalnie, czy mamy gdzie spać. Odpowiedzieliśmy, że tak, u Pana Osmana. Zaproponował, że w razie czego, jak tam nie, to żebyśmy przyszli do niego.

164805

164734

Po wizycie u przesympatycznego Pana w yobasówce wracamy z pełnymi brzuchami do centrum Yeşilyayla. A tam już czekają na nas… całe miasteczko się zleciało, aby nas przywitać. Wielkie wydarzenie, dwoje w miarę wysokich przybyszów z dalekiego kraju, którzy władają ich językiem. To pewnie było dla nich niezwykłe. A może po prostu działało to samo, co w przypadku podróży stopem, zaproszenia na nocleg, dopiero co spałaszowanego podwieczorku… gościnność i ogólne zainteresowanie w miejscu, gdzie życie toczy się dosyć sennie. Usiedliśmy przed sklepem Osman Beya, na stoły wjechała herbata. Rozmawiamy z różnymi osobami o różnych sprawach. Najbardziej interesuje mieszkańców kwestia, czy turyści, ale tacy masowi w ogóle zechcieliby przyjechać do takiej wioski i korzystać z czegoś w rodzaju gospodarstw agroturystycznych. No bo jeśli my tu trafiliśmy (mówienie, że nie jesteśmy turystami tylko studentami nic nie daje… zawsze obcokrajowcy są uważani za turystów, tak jest i basta; nie próbujcie tego zmieniać), to inni też mogą. Odpowiadamy grzecznie, że nam się tu podoba, a potem próbujemy wspólnymi siłami zbudować sylwetkę typowego zachodniego „plażowicza z brzuszkiem”.
Nasze wywody przerywa wjazd samochodem pewnego faceta lub raczej usiłowanie wjazdu na plac, bo pojazd zachowywał się, jakby sprzęgło było zużyte. Wszyscy spoglądają i na ich twarzach pojawia się ironiczny uśmiech. Wychodzi z samochodu gostek w podkoszulku z tygodniowym zarostem, lekko zawiany i siada obok mnie. Bełkocze coś, że nareszcie przyjechali „zagraniczni”, że super, że on nareszcie chciałby się napić porządnie z „turystami”, bo tu nie ma z kim. Wszyscy „pobożniachy”. Jako, że i my z szacunku dla miejscowych nie wspomnieliśmy o żadnym alkoholu, grzecznie odparliśmy, że my też nie pijący. Żebyście zobaczyli jego minę…bezcenna. Jęk zawodu, zburzenie światopoglądu, pewnie raz na parę lat zdarza mu się taka okazja, a tu spalony na początku meczu. Facetowi odjęło mowę, nic nie powiedział już, tylko wrócił do samochodu. My zaś powoli szykowaliśmy się mentalnie na kolację.

Kolacja rozpoczęła się w pokoju gościnnym, czy jak kto woli w salonie w domu Osmana Beya po czwartej modlitwie, tj. kiedy rozpoczął się już zmierzch. Domostwo naszego dobrodzieja składało się z dwóch kondygnacji, gdzie rdzeniem były pobielone ściany składające się z mieszanego budulca – zmielonej cegły z gliną i piaskowcem. Do tego elementy ruchome w postaci wiat wykonanych z suszonych gałęzi poprzetykanych wysuszonymi liśćmi. Na środku pokoju rozłożono matę, na której wylądowały warzywa w postaci pomidorów, ogórka i osobno ostrej zielonej papryczki, do tego chleb. Po zakąsce wjechało chyba najbardziej interesujące danie w postaci tarhana çorbası, czyli zupy tarhana. Miała ona konsystencję kremu o kolorze lekko pomarańczowym. Gospodyni przyprawiła ją miętą. Pierwsze moje pytanie, jak się robi zupę, a konkretnie jak proszek, czy też kaszkę (my ją tak nazywaliśmy) tarhana. I tu powstał problem, ponieważ na wsi każda gospodyni zazdrośnie strzeże swojego przepisu. Efekt jest taki, iż ile pań, tyle rodzajów zupy. Dla nas zrobiono wyjątek, no bo turyści, to komu się pochwalą przepisem? Podstawą były: jogurt naturalny, pomidory, cebula, surowe ciasto z drożdżami, pasta z czerwonej papryki i przeróżniste przyprawy, których nazw nawet nie starałem się spamiętać, bo i tak w Polsce ich nie dostanę. Gospodynie domowe przygotowują dużą ilość proszku, która starcza nawet na cały rok, i przechowują w chłodnym miejscu. Zupa była przepyszna. Wyjeżdżając z Antalyi do Polski przypadkowo natknąłem się na sklep, gdzie kupiłem 2 kg tej „kaszki” i przywiozłem do Polski. Zupę zrobiłem na sylwestra 2006/2007, naturalnie z miętą, ale nie byłem zadowolony ze swojego wyczynu. Coś poszło nie tak. Jednak najlepiej smakuje na miejscu i jak jest zrobiona przez fachowca. Po kolacji okazało się, że koleżanka idzie do części dla kobiet, a ja będę jak ten padyszach spał w salonie. Naprawdę poczułem się wyjątkowo.

200729

20130416_Tarhana Corbasi

Noc u Osman Beya spędziłem w salonie. Naturalnie nie obyło się bez nocnej wycieczki do „ustępu”, który po trochu przypominał nasze sławojki. Różnica polegała na tym, iż zamiast siedzonka, była dziura w ziemi. W Turcji (i nie tylko tam) toalety są urządzane a la turca, czyli zamiast naszego wc jest muszla, nad którą trzeba kucnąć. Albo dziura nad którą trzeba kucnąć. Pytanie do fizjologów, co jest zdrowsze? Czy kontakt z materią, czy większy wysiłek i brak kontaktu z materią? Dla mnie problemem był brak światła, nie wiedziałem gdzie je zapalić. Wszystko odbyło się na bosaka i na czuja. Rano zapukano i zaprowadzono na śniadanie, tym razem do damskiej części domu. Znów siedzimy na matach i skórach, kobiety przygotowują śniadanie. Rozmawiamy z córką Osman Beya – Tubą. Jej uwaga jest rozproszona między nas, a 40-calową plazmę na ścianie, gdzie z ekranu leci kolejny teledysk na płatnej telewizji Kral TV z „facetem marzeń każdego podlotka” formatu Murata Başarana (wówczas Top 1), czy Mustafy Sandala. Tuba jest zakochana w bożyszczach tureckiej sceny muzycznej i w przypływie emocji chce ofiarować pierścionek mojej koleżance. Pyta się Ojca o zgodę. Jest!

080706

074627a

Odwożą nas osobiście do wioski Bozova na trasie do Isparty. Czule się żegnamy. Obiecujemy przesłać zdjęcia. Ja spróbowałem z Polski, ale do dziś nie wiem, czy dotarły. Czekamy na stopa…

112826

111354

Stoimy na drodze za wioską Bozova. Dzisiaj naszym celem będzie miejscowość Ağlasun. 63 km do pokonania. Czemu akurat tam? Przed wyjazdem jeden z naszych wykładowców mówił, że koniecznie musimy tam pojechać, bo jak to mówią klasycy „ładne widoczki są, no i fajni ludzie”. No dobra, czemu nie… Podjeżdża tir z trzema facetami w środku. Jeden idzie do tyłu i znów ja wskakuję na środek, koleżanka jedzie po zewnętrznej stronie. Jak pamiętacie jest już tak któryś raz z rzędu. Teraz uwaga do pań… przy podróżowaniu stopem lepiej, jeżeli nie siedzicie obok „miejscowego”, bo „miejscowemu” wówczas wiruje świat i zamiast prowadzić dobrze pojazd skupia się na innych kwestiach. Dyskomfort, jak mówiła koleżanka odczuwalny jest podwójnie, bezpieczeństwo osobiste i bezpieczeństwo na drodze. Dojechaliśmy do głównej drogi i musieliśmy się z panami pożegnać. Do miejscowości Bucak podwiozła nas furgonetka. Znów stoimy na regionalnej drodze. Patrzymy, jedzie tir…hej, ale ten bordowy kolor już znaliśmy…to niemożliwe…to nieprawda…podjeżdża i znów widzimy trzech uśmiechniętych panów, z którymi jechaliśmy wcześniej. To czemu tak na dwa razy? W Turcji są takie przepisy, iż pasażerów w kabinie ciężarówki może być maksimum trzech. Na drogach krajowych bardzo tego policja pilnuje, na regionalnych nie. To jedyny przypadek w historii moich podróży autostopem, kiedy więcej niż raz byłem podwożony przez tych samych ludzi. O Ağlasun nie mogę Wam powiedzieć nic ciekawego, ot wioska z zakładem karnym, na ulicach pusto. Z powrotem do Antalyi mieliśmy 80 km. Przejechaliśmy ten odcinek za jednym zamachem. Tak się trafiło…

122406

144427